Na świecie istnieje wiele kulinarnych tradycji. Bogatych lub biednych w zależności od regionu oraz bogactw jego darów natury. Na starym kontynencie jednym z najstarszych europejskich zwyczajów przy stole, był zwyczaj w starożytnym Rzymie rozpoczynania obiadu lub uczty, od lekkich przekąsek wśród których na pierwszym miejscu były jajka. Na właściwą, obfitszą część obiadu składały się dania mięsne i rybne z dodatkiem warzyw. Na koniec uczty podawano deser składający się z owoców. Zazwyczaj były to jabłka i gruszki pochodzące z miejscowych, przydomowych sadów. Powyższe przykłady są potwierdzone w zachowanych starych opisach literackich. Scenki przy stole były także uwieczniane na malowidłach ściennych i mozaikach, które przetrwały do naszych czasów. Z tego okresu pochodzi też stare łacińskie powiedzenie – Ab ovo usque ad mala (od jajka do jabłka). We wschodniej stronie Europy tradycje takie wykształciły się znacznie później. W Polsce tradycje kuchennych rewolucji według posła i wiceministra w jednej osobie zaczęły się od nauczenia Francuzów jedzenia nożem i widelcem. To spostrzeżenie prawdopodobnie wiceminister oparł na dokładnych badaniach genealogicznych, które doprowadziły go do końcowego wniosku, że nasi przodkowie na wiejskich gościńcach „częstowali” podróżnych widelcem i nożem w skali makro tj. widłami i kosą. Mimo jego dobrych chęci i tak pozostało jeszcze wiele do zrobienia. Ryba po grecku nie jest potrawą grecką, ruskie pierogi nie są ruskie, paprykarz szczeciński nie jest szczeciński. Skończmy jednak na tym to gesslerowskie wybrzydzanie.
Ab ovo usque ad mala. To stare łacińskie powiedzenie w dosłownym tłumaczeniu brzmi – od jajka do jabłka. W literaturze oraz w potocznej mowie ta łacińska sentencja nabiera nieco innego znaczenia a mianowicie jest określeniem wykonywania czynności – Od początku do końca. Sentencję tą wykorzystałem kilka lat temu nadając taki tytuł mojemu trzyzwrotkowemu wierszowi będącemu satyrą zakończoną genealogicznym akcentem. Wiersz wysłałem kiedyś na konkurs „literacki” i na tym stanęło. O sentencji i o wierszu przypomniałem sobie niedawno przy okazji dnia zadawania zagadek. Poniżej wyjaśniam o co chodzi.
Żona wysłała mnie do sklepu po jajka. Gdy wróciłem do domu, w progu powitała mnie żona z wnuczką. Żona oznajmił, że podczas mojej nieobecności listonosz przyniósł moją emeryturę i w całości schowała ją do szuflady. Uwagę moją jednak przykuwała wnuczka. Jadła jabłko i nie odstępowała mnie na krok. Przymilała się i w końcu wyjąkała; – „Dziadek. Daj pieniążka”. Zaproponowałem jej zabawę polegającą na zadawaniu zagadek, a mianowicie. Gdy ja zadam jej zagadkę i ona zgadnie, dam jej dychę. Gdy ona zada mi łamigłówkę i ja nie zgadnę, dam jej banknot o największym nominale jaki znajduje się w szufladzie. Niech pozna gest dziadka. Gdy ona nie będzie znała odpowiedzi na moje pytanie, stan swojej skarbonki uszczupli tylko o złotówkę. Wylosowaliśmy kolejność zadawania pytań i wypadło na mnie. Zadałem jej prostą zagadkę – „Co to znaczy – Od jajka do jabłka? „ . Poddała się po około pięciu minutach. Wręczyła mi monetę i stałem się bogatszy o złotówkę. Przyszła kolej na pytanie wnuczki. Na jednym oddechu spytała –„Dziadek. Co to jest? Wchodzi na górę na jednej nodze, a schodzi na trzech?” Przyznam się, że nie wiedziałem. Podejrzewałem, że wnuczka musiała pomylić, lub źle zapamiętać zagadkę ze wspólnie oglądanej bajki. Ale w tej bajce pytanie brzmiało Co to jest? Najpierw chodzi na czterech, później na dwóch, a jeszcze później na trzech. Tu odpowiedź jest prosta – Człowiek, bo ludzie swoją życiową przygodę zaczynają od bałykowania, później twardo stąpają po ziemi na dwóch nogach, by na starość sięgnąć po laskę. Pytanie wnuczki brzmiało jednak inaczej. Na tak sformułowaną łamigłówkę nie znałem odpowiedzi. Poddałem się po kwadransie. Otworzyłem szufladę i dałem jej obiecany największy nominał. Pięćset złotych. Pech chciał, że ZUS w tym miesiącu wypłacał tzw. trzynastki. Słowo się rzekło i trzeba go dotrzymywać. Wnuczka w locie złapała nowiuteńki banknot i szybko schowała go w dłoniach. Mnie jednak nurtowała nierozwiązana zagadka. Ponieważ kolej na zadawanie pytań była teraz moja spytałem – „To co to według ciebie jest to co wchodzi na górę na jednej nodze, a schodzi na trzech?” Reakcja wnuczki była niezastąpiona. Bez słów wyciągnęła ze swojej skarbonki złotówkę i z miną niewiniątka kolejny raz zapłaciła mi za swoją niewiedzę. 500 do 2. To znacznie lepiej jak sukces Szydło 27:1. Mniej wstydu.
Jerzy Wnukbauma
Od jajka do jabłka.
Miałem skończone caaałe pięć lat,
kiedy ruszyłem z domu w świat,
na Nowy Folwark nad gliniankę
zabrałem ze sobą koleżankę.
Na bujnej łące w rozlewie rzek
w wodzie zielenił się żabi skrzek.
Wsadziłem kija do tego skrzeku.
Hania mnie łapie – Co ty cłowieku?
To są jajecka zab i kijanki!
Dostało mi się wtedy od Hanki.
Byłem zdumiony i wściekły ze złości
na skromny zasób mych wiadomości.
Po kilku latach żądny wiedzy
słyszałem jak mówią moi koledzy,
że ojciec matkę w nocy gniecie
i stąd są dzieci na tym świecie.
Czy to prawda? spytałem Hani.
Hania wierzyła w podrzut bociani
i osiągnęła tym taki skutek,
że matkę spytałem – Czy jestem podrzutek?
Matka mówiła – Widzisz dziecko,
najpierw było mamusi jajeczko…
Dalej głos matki kluczył i zwodził,
że nie wiedziałem o co w tym chodzi.
W latach młodzieńczych, nie będąc dzieckiem,
dobrze wiedziałem co z tym jajeczkiem,
lecz nadal myślałem że jedynakiem
jestem bo ojciec je wyjadł ze smakiem.
Czas nieubłaganie szybko leci.
Ożeniłem się z Hanką, mamy czworo dzieci.
Dzisiaj, gdy widzę panny z mym wnukiem
widzę, że byłem strasznym nieukiem.
Mam dziś sentyment do starych latek
i zbieram „jajeczka” mych antenatek.
Za znalezioną każdą z osób
wypijam czarkę calvadosu.
Jerzy Wnukbauma